Naga Markets



Piątkowe popołudnie przyniosło pierwszą od 7 lat interwencje Narodowego Banku Polskiego na rynku walutowym. NBP sprzedał polską walutę osłabiając ją względem euro o 7 groszy (z 4,45 na prawie 4,52), praktycznie natychmiast rynek skorygował połowę tego ruchu. Dziś (w poniedziałek) złoty osłabia się na fali rosnących obaw spowodowanych przez mutacje COVID-19.

Te artykuły również Cię zainteresują




Dlaczego NBP może chcieć słabszego złotego? 

Ponieważ słabsza waluta krajowa wspomaga eksporterów, dzięki temu więcej towarów i usług można sprzedać za granice, co generuje większy popyt na nasze dobra, tym samym więcej miejsc pracy.

Minusem takiego działania jest zmniejszenie rentowności importu. Firmy kupujące np. towary za granicą i sprzedające w Polsce, są poszkodowane sztucznie osłabianym złotym, ponieważ ceny towarów zagranicznych rosną.

Występuje też pewien konflikt między NBP a Ministerstwem Finansów, ponieważ słabszy złoty, oznacza wyższe koszty obsługi zagranicznego długu publicznego. Przypomnę, że ok. 25% długu publicznego polski jest denominowane w walutach obcych (głównie w euro i dolarze). Im słabszy złoty, tym większe odsetki od obligacji oraz wartości nominalne przyjdzie nam wypłacać. Jednak ze względu na fakt, że zdecydowana większość (3/4) naszego długu zostało zaciągnięte w walucie krajowej, czynnik ten nie gra bardzo dużej roli.

Jak słabsza waluta wpływa na inflację? 

Dodatnio, mówi się w tym przypadku o inflacji importowanej. Przy słabszym złotym, import towarów (np. odzieży czy elektroniki), jest mniej opłacalny, co wzmaga popyt na dobra krajowe. Większy popyt, to przy innych czynnikach niezmienionych wyższe ceny (rosnąca inflacja). Rozpatrując ten problem od strony eksporterów – im słabszy złoty, tym więcej krajowej produkcji wyjeżdża za granicę (bo zagraniczni nabywcy mają taniej), co przekłada się na niższą podaż dóbr w kraju – co również działa proinflacyjnie.

Czy banki centralne są w stanie skutecznie sterować kursami walut? 

Jeśli rozważamy gospodarki z płynnymi kursami walutowymi, to należy udzielić odpowiedzi negatywnej. Mimo potężnej artylerii monetarnej banki centralne nie są  w stanie zawrócić silnych rynkowych trendów. Najlepszym przykładem jest załamanie kursu franka szwajcarskiego 15 stycznia 2015 roku. Szwajcarski Bank Centralny ogłosił, że nie dopuści do spadku kursu EUR/CHF poniżej poziomu 1,2. Oznaczało to zobligowanie się do osłabianie franka, aby nie był on zbyt silny w relacji do euro i nie zadusił szwajcarskiego eksportu.

Popyt na franki był znaczny po kryzysie finansowym z 2008 roku, ponieważ pełni on rolę „bezpiecznej przystani” – zaufanej i utrzymującej wartość waluty. Napór sił rynkowych okazał się zbyt silny i nagle instytucja zaprzestała bronić kursu doprowadzając do lawiny na kursie EUR/CHF. Oznaczało to nagły wzrost kursu franka szwajcarskiego w wycenianego w polskim złotym z 3,5 na ponad 5 zł. Gwałtowny ruch został skorygowany dość szybko, ale poziom ok. 4 zł utrzymywał się do 2017 roku sprawiając kłopoty tym, którzy zaciągnęli kredyty hipoteczne we frankach (stopy procentowe były niższe).

Konieczność spłaty rat w obcej walucie, która się umocniła oznacza wzrost rat i niekiedy poważne kłopoty finansowe. Dlatego najbezpieczniej brać kredyt w walucie, w której się zarabia, ponieważ nawet żelazne deklaracje banków centralnych mogą zostać cofnięte pod naporem sił rynku i widmem utraty cennych rezerw walutowych.



Conotoxia

Dołącz do dyskusji logując się za pomocą Facebook

Obejrzyj również:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here