Naga Markets



Dziś w naszym cyklu przyjrzymy się bańce zdecydowanie bliższej nam czasowo. Bańka dot.comów jest często porównywana z bańką na kryptowalutach. Czy to słuszne podejście?

Zacznijmy od genezy samej bańki. Co zapewne was zaskoczy, nie jest nią sama technologia Internetu. Bardziej interesuje nas w tym aspekcie polityka Fed-u. Na czele Rezerwy Federalnej od 2. połowy lat 80. stał Alan Greenspan. Powołany na ten urząd przez Ronalda Reagana wychodził z założenia, że stałe zwiększanie podaży dolarów na rynku to recepta na jakiekolwiek tylko objawy kryzysu. I tak od 1989 r. stale obniżał stopy procentowe. W ’89 r. ich wartość wynosiła aż 9 proc. Dwa lata później 5,75 proc. W 1992 r. Fed kontynuował politykę obniżek. Tylko w 1994 r. podniesiono stopy proc. Potem powrócono od metod Greenspana. Efekt? W latach 1995-2000 podaż pieniędzy w USA wzrosła o 52 proc. Inwestorzy szukali sposobów, jak zainwestować owe nadprogramowe dolary…

Fundamenty bańki

Bańki mimo pozorów mają pewne podstawy i fundamenty. Przynajmniej na początku. W kwestii opisywanej przez nas bańki kolejowej (jej opis znajdziecie tutaj) był to rozwój kolei. Problem pojawił się w momencie niekontrolowanego i bezmyślnego rozwoju tego rynku. Nie inaczej miało być w kwestii dot.comów.

Ogromna podaż dolarów musiała znaleźć gdzieś ujście. W latach wcześniejszych świetnym interesem do pewnego momentu było inwestowanie w tzw. obligacje śmieciowe. Tym razem rynek postawił na spółki internetowe.

Tak jak kryptowaluty, Internet nie powstał z dnia na dzień. Początki tej technologi to sieć ARPANET z końca lat 60. Prace prowadzono w ramach przygotowań do ewentualnej wojny nuklearnej z ZSRR. Dopiero w latach 80. Brytyjczyk Tim Berners stworzył koncepcję strony www. W 1985 roku została zarejestrowana pierwsza domena z rozszerzeniem .com. W latach 1993-1995 wprowadzono w życie idee streamingu, dokonano pierwszej transakcji finansowej przez sieć. Zaczęły powstawać też pionierskie blogi.

Początek szaleństwa

Symboliczny początek dot.comowego szaleństwa sięga 9 sierpnia 1995 r. To wtedy na rynku zadebiutowała firma Netscape (przeglądarka internetowa). Za rodzącą się bańką stał bank Goldman Sachs. W 1996 r. wziął pod swoje skrzydła i pomógł wejść na giełdę mało wtedy znanej firmie Yahoo!, zaś w roku kolejnym 24 kolejnym spółkom z tego rynku. W 1999 r. na giełdzie pojawiło się kolejnych 47 firm internetowych. Goldman Sachs zarobił na tym działaniu krocie. W 1996 r. – 2,6 mld USD; w 1997 r. – 3 mld USD. Bank zaczął przejmować też najbardziej utalentowanych ekspertów z rynku finansów.

Spójrzmy teraz na ówczesne fundamenty. W 1995 liczba użytkowników Internetu wynosiła ok. 18 milionów osób (dla porównania: dziś szacuje się, że kryptowalutami interesuje się 35 mln ludzi). W 2. poł. lat 90. liczba ta zaczęła jednak gwałtownie rosnąć. Moda na Internet sprawiła, że część przedsiębiorców zaczęła widzieć w niej przepis na biznes. Sukcesami okazywały się zbiórki funduszy na obiecujące pomysły. Niestety większość z tych przedsięwzięć poza bardzo optymistycznym biznesplanem niewiele sobą reprezentowała.

Rosnące zainteresowanie Internetem doprowadziło do skoku popytu na komputery. W 1999 r. głośno było o tzw. pluskwie milenijnej. Zgodnie z pogłoską puszczoną do mediów, miała ona wywołać katastrofę z nastaniem 1 stycznia 2000 roku. Powodem miał być sposób zapisywania daty w systemach i programach komputerowych. W praktyce był to tylko pretekst do wywołania paniki i zwiększenia popytu na nowe komputery.

Koniec bańki

Tak jak wspomniałem, większość spółek internetowych miała za sobą pomysły biznesowe, które faktycznie wyglądały dobrze tylko na papierze. Na efekt nie trzeba było długo czekać.

10 marca 2000 roku indeks giełdowy NASDAQ Composite osiągnął rekordowy poziom 5132,52 punktów. Było to jednak maksimum, na jakie było stać rynek. Jeszcze w tym samym roku NASDAQ Composite w ciągu zaledwie kilku miesięcy spadł do poziomu 2 tys., a 9 października 2002 roku osiągnął swoje minimum na poziomie 1114,11 punktów. Inwestorzy zaczęli masowo wycofywać się z rynku, przestając już wierzyć w nowe spółki. Te zaś – które zaczęto nazywać dot.comami – bankrutowały w tempie lawinowym. Na jaw wyszło wiele spraw związanych z fałszowaniem dochodów owych podmiotów. Ostatecznie większość spółek upadło. Dopiero na ich gruzach rynek zaczął odradzać się z nowymi, zdrowszymi firmami.

Dot-comy a kryptowaluty

Zapewne czytając powyższe wielu z was delikatnie uśmiechało się pod nosem, bowiem bańka dot.comów pod paroma względami przypominała bańkę na kryptowalutach. Nawet liczba wczesnych użytkowników Internetu była zbliżona do niedawnej, szacowanej liczby zwolenników cyfrowych walut. U podstaw obu baniek stała nowa technologia. Na obu rynkach pojawiło się sporo projektów, które wyglądały dobrze tylko przez pryzmat biznesplanów/whitepaperów.

Czy więc kryptowaluty i projekty ICO skończą jak ja dot.comy? Historia lubi się powtarzać, choć nie zawsze w skali 1 do 1. Nawet jeśli tak będzie, wiele wskazuje na to, że prawdziwy boom na blockchainowe projekty jest dopiero przed nami. Dziś sieć bloków nie jest jeszcze w powszechnym użytku, jak miało to miejsce w kwestii Internetu w momencie szczytu bańki dot.comów.



tokeneo

Zostaw komentarz logując się za pomocą Facebook

To również Cię zainteresuje - Comparic24.tv

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here