Naga Markets webinar


Dla Wall Street to jak na razie najgorszy grudzień od Wielkiej Depresji z lat 30-tych ubiegłego wieku. Wydaje się, że Święta przychodzą w idealnym momencie, aby uspokoić sytuację rynkową. Zamieszanie w amerykańskiej polityce oznacza jednak, że ostatnie dni roku będą z pewnością intensywne.


Kontrakty na amerykańskie indeksy nieśmiało dziś rosną, choć nie wiadomo do końca, czy jest to wpływ powołania PPT przez Biały Dom (o tym za chwilę), czy raczej kojący efekt weekendu. Jeśli to drugie, to Święta nie mogły przyjść w lepszym momencie. Amerykańskie akcje tracą od szczytu G20, kiedy po pierwszej reakcji S&P500 zwyżkował powyżej 2800 pkt. i był całkiem niedaleko historycznych szczytów. Wystarczyły trzy tygodnie i od historycznych szczytów dzieli nas już 18%, a indeks mniejszych amerykańskich spółek Russel 2000 jest najniżej od listopada 2016 roku, tym samym wymazując niemal całe „wzrosty Trumpa” (tu spadek wynosi już 25%). Zazwyczaj jako winowajcę tej sytuacji wskazuje się Fed, jednak nie jest to do końca prawda. Fed jedynie uzmysłowił rynkom zagrożenie, o którym piszemy od pewnego czasu. Powodem paniki rynku zazwyczaj nie są wyższe stopy procentowe, ale gorsze perspektywy. Inwestorzy oczekiwali od Fed złagodzenia perspektywy pieniężnej na przyszły rok, ale nie spodziewali się, że poprzez projekcję niższych stóp amerykański bank centralny da jasno do zrozumienia, że szczyt cyklu koniunkturalnego jest już za nami. Od kilku miesięcy wskazywaliśmy, że poza USA mamy już do czynienia ze spowolnieniem, zaś sama amerykańska gospodarka jest jeszcze pod wpływem cięć podatkowych, jednak w przyszłym roku wpływ ten będzie wygasać, dojdzie za to obciążenie wyższymi stopami (polityka pieniężna działa z opóźnieniem, więc tegoroczne podwyżki zaczną być odczuwalne w 2019 roku).

Wspomniane PPT to angielski skrót od „Plunge Protection Team”, czyli nieoficjalnej nazwy zespołu w Białym Domu mającego powstrzymać wyprzedaż na Wall Street, która w piątek zaczęła przybierać rozmiary paniki. Sekretarz Skarbu dzwonił do prezesów największych sześciu banków, co przypomina skoordynowaną akcję, którą podejmuje się w obliczu krachu. Prawdę mówiąc, sam Trump jednak dolewa oliwy do ognia. W ubiegłym tygodniu sporo mówiło się o tym, że rozwścieczony grudniową podwyżką chce zwolnić szefa Fed, pomysł zarzucił dopiero zdawszy sobie sprawę, iż jest to prawnie niewykonalne. Nie pomaga także rozpoczęty w sobotę przejściowy paraliż rządu. Chodzi o wstrzymanie prac części amerykańskiej administracji rządowej ze względu na brak finansowania. Trump chce połączyć je z przyznaniem środków na budowę muru na granicy z Meksykiem, na co nie ma zgody już w obecnym Kongresie. To polityczna zagrywka ze względu na fakt, iż od 3 stycznia Izbę Reprezentantów przejmują Demokraci i niejako problem paraliżu będzie „przerzucony” na nich. Z pewnością nie pomoże to jednak w zbudowaniu zaufania rynkowego.

Rynek walut stoi trochę w rozkroku. Zyskuje japoński jen, który od dłuższego czasu był niedowartościowany. W piątek podczas mocnej przeceny na giełdach dolar zyskiwał wobec europejskich walut, choć trudno powiedzieć, czy ta tendencja utrzymałaby się na dłużej. Dziś, w obliczu paraliżu rządowego dolar nieco traci, ale nie są to duże ruchy i tak może zostać już do Świąt. Jednak ostatnie sesje roku zwykle przynoszą bardzo dużą zmienność, gdyż inwestorzy instytucjonalni dostosowują swoje pozycje, a trzeba pamiętać, że handel zaczyna się już w środę (lub tak naprawdę we wtorek wieczorem naszego czasu). Dziś rano złoty delikatnie zyskuje, o 8:40 euro kosztuje 4,2853 złotego, dolar 3,7638 złotego, frank 3,7877 złotego, zaś funt 4,7687 złotego.



Coinquista

Zostaw komentarz logując się za pomocą Facebook

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here